rodzina Skupień

rodzina Skupień
rodzina Skupień

środa, 13 marca 2019

Na poboczu własnej genealogii

Józefa nie jest moją krewną ani powinowatą. Losy moich przodków w żaden sposób nie są z nią powiązane. Dlaczego zatem piszę o niej na swoim genealogicznym blogu?


Bo ta kobieta mnie zaintrygowała. Zacznijmy jednak ab ovo usque ad mala . Na jednym z portali społecznościowych moja znajoma napisała post tej treści:

"A to bardzo śliczne.
Zajęcie się gospodarstwem, a głównie kuchnią, zapełnia kobiecie życie i oprócz przyjemności i zadawalniania smaku innych, broni kobietę od lekkomyślności w ogóle, a od romansów czyli niepotrzebnych chwilowych miłostek w szczególe i od bigoterij

Lucyna Ćwierczakiewicz autorka 365 obiadów i innych gospodarczych dzieł."


a pod postem takie zdjęcie umieściła: 


Post spotkał się z odzewem  zwłaszcza pań, którym myśl p. Ćwierczakiewicz raczej nie przypadła do gustu. Wśród komentujących byłam i ja, ale bardziej mnie intrygowało komuż to ta znana dziewiętnastowieczna Marta Gesler ową dedykację wpisała. Już zamierzałam zatrudnić Wujka Google, gdy koleżanka dodała link do strony internetowej, na której owe dzieło można podziwiać z dopiskiem: Podałam link do całości z myślą o Tobie. No i jak tu nie kochać ludzi! To miłe , gdy  znajomi pamiętają o Twoich pasjach. Oczywiście z podanego źródła od razu skorzystałam. 


Księga kucharska Józefy Kruszyńskiej z wklejonymi rysunkami i akwarelami artystów polskich z przełomu XIX i XX wieku., bo to właśnie ona kryła w sobie wpis madame Ćwierczakiewicz, okazała się niemałym zaskoczeniem.
Spisana ręcznie, każdy przepis opatrzony swego rodzaju "metryczką". Dowiemy się, od kogo przepis pochodzi, z którego roku jest, z jakiego regionu. Na marginesach praktyczne uwagi samej Józefy. No i crème de la crème  tej książki: szkice i akwarele znanych polskich artystów: Mehoffer, Witkiewicz, Tetmajer i inni. Przepisy pochodzą również od nie byle jakich osób. Znajdziemy tu zatem: przepis hrabianki Julii Dzieduszyckiej na marmoladę morelową, Leguminę Mickiewiczowską, przepis na sałatę z pomidorów wg. Henryka Sienkiewicza i wiele innych. Przepisy pochodzą z roku 1860 i następnych lat.
 Przepisy przepisami, ale mnie zaintrygowała także sama postać Józefy. Kim była ta kobieta, dlaczego interesowała się przepisami kulinarnymi? Musiała być "kimś" w towarzystwie skoro miała znajomych z takimi nazwiskami. Z drugiej strony kobieta z towarzystwa zajmuje się zbieraniem przepisów? Czy serwowała znajomym potrawy ze swojej książki, a rysunki były swoistą zapłatą przyjaciół za trud goszczenia ich? Czy może dostawała je przy innych okazjach i tylko wkleiła do książki? Pytania się mnożyły, a żyłka detektywistyczna genealoga coraz bardziej dawała o sobie znać. I w taki oto sposób moje dwie pasje: kuchnia i genealogia połączyły się, a historia Józefy pojawia się tu na blogu.

Moim punktem zaczepienia w poszukiwaniach genealogicznych dotyczących Józefy stała się  sama jej książka. Ilustracje w niej zawarte opatrzone były podpisami i dedykacjami, datami wpisów. Na jeden z nich zwróciła moją uwagę Magda, genealożka, autorka postu o Józefie, od którego zaczęła się cała ta historia. Brzmiał on tak: "Z katakumb św. Callixta 4 lutego 1897 roku, Wolska 30 Kraków, Antoni Madeyski". Koleżanka poszła tym tropem i w spisach mieszkańców miasta Krakowa z roku 1890 odnalazła naszą Józefę. 
 


poniedziałek, 15 października 2018

Gzdzie wtedy byłeś Przodku ?


Stowarzyszenie Opolscy Genealodzy, w którym działam już 5 lat, ogłosiło właśnie konkurs "Genealogie Niepodległości" (https://genealodzy.opole.pl/8717/oglaszamy-konkurs-genealogie-niepodleglosci)





Jako członek zarządu stowarzyszenia nie mogę brać udziału w zmaganiach, ale temat konkursu wzbudził moją ciekawość, zatem postanowiłam odszukać informacje o tym, co w dniu 11.11.1918 r. robili moi przodkowie. Co prawda nie przypominałam sobie, aby moi rodzice opowiadali o jakiś specjalnych zasługach antenatów w odzyskiwaniu niepodległości, nic mi nie wiadomo o tym, by wśród prawujków i pracioć byli jacyś powstańcy, legioniści i inni zasłużeni, ale w genealogi nigdy nic nie wiadomo i jak zacznę szperać, to ... 
Poza tym idea konkursu zakłada, że nie należy opisywać szlaku bojowego przodków, a raczej ich przeżycia, odczucia, to jak wpłynęło odzyskanie wolnej ojczyzny na ich codzienne życie.  

Hmmm, moi przodkowie i powinowaci wywodzą się z trzech różnych zaborów, już samo to pozwala przypuszczać, że dla każdego z nich "dzień niepodległości" znaczył co innego. Dla tego z Kongresówki być może był radosnym dniem zwycięstwa, dla tego z Galicji dopiero początkiem walki "o swoje państwo", a ten z Górnego Sląska był w rozterce i z niepewnością czekał na decyzje Wielkich tamtego świata. A może każdy z nich po prostu, tak po ludzku, cieszył się z tego, że nastały spokojniejsze dni? Nie wiem, wyruszam dopiero w tę podróż do początku lat dwudziestych ubiegłego wieku uzbrojona w czysto statystyczną wiedzę:

  • moi dziadkowie i pradziadkowie macierzyści w tym czasie mieszkali w Zagłębiu Dąbrowskim, a ich dalsi krewni w okolicach Miechowa i Pińczyc. Pradziadkowie mieli wówczas ponad 30 lat, a dziadkowie byli dziećmi w wieku szkolnym, nawet nie nastolatkami. 

  • pradziadkowie ojczyści byli mężczyznami w sile wieku, a ich dzieci - moi dziadkowie- wchodzili w dorosłość i mieli po 18 lub 19 lat. 

  • pradziadków i dziadków ojczystych męża koniec I wojny zastał w Galicji. Natomiast jego przodkowie ze strony mamy żyli w okolicach Gór Świętokrzyskich. W rodzinnym albumie zachowało się zdjęcie dziadka Józefa Struzika pełniącego straż na posterunku granicznym w Gniazdowie.
Józef Struzik na strażnicy w Gniazdowie

Tyle wiem na tym pierwszym etapie podróży. Mam nadzieję, że za parę dni będę mogła już napisać coś więcej. No i z niecierpliwością czekam na możliwość przeczytania "Genealogi Niepodległości" pozostałych historyków rodzin.

niedziela, 30 września 2018



Lorenzowie cz.2


Anna urodziła się 16.07.1900 r. w Dolinie w domu pod nr 179 jako pierworodna córka Józefa Lorenza (rolnika) i Teresy Kaufhold. Chrzestnymi małej Ani zostali Józef Lorenz (stryjeczny dziadek? Ojciec?) i Ludwika Winter żona Jana rolnika. Józef i Teresa doczekali się jeszcze ośmiorga potomstwa: 5 córek i 3 chłopców. Niestety troje z nich (Rudolf, Joanna, Paulina) umiera w niemowlęctwie. Każde przeżywa tylko jeden rok. Dla rodziców były to zapewne ciężkie czasy, ponieważ dzieci rodzą się i umierają właściwie co dwa lata. Na szczęście narodziny piątego w kolejce Jana kończą złą passę. O życiu Anny w rodzinnym domu nie wiem właściwie nic. Jeden z byłych mieszkańców Doliny twierdzi, że Lorenzowie mieszkali na tak zwanym Broczkowie, dzielnicy Doliny leżącej na krańcach miasta, przy drodze na Bolechów i Hoszów.W pamięci mieszkańców zachowali się jako Niemcy, chociaż w przekazach rodzinnych utarło się mówić, iż babcia Anna była Austriaczką. Dlaczego? Być może nie chciano przyznawać się do niemieckich korzeni w latach powojennych, a być może sama rodzina babci opowiadała, że przybyli z Wiednia, co mogło być prawdą, bo tam był punkt przerzutowy dla kolonistów józefińskich.

Mając 28 lat, wychodzi za mąż za sześć lat młodszego Karola Ilnickiego z Doliny. Małżeństwo to było ponoć zaaranżowane przez rodziców młodych ze względów materialnych. Anna i Karol musieli jednak przypaść sobie do gustu, bo przeżyli wspólnie w zgodzie ponad 30 lat. Początkowe spokojne życie rodzinne przerwała im II wojna światowa. Lorenzowie jako potomkowie niemieckich osadników muszą podporządkować się niemiecko – radzieckiej umowie i w ramach akcji „ Heims ins Reich” zostają przesiedleni na tereny należące do Niemiec. Małżeństwo wraz z dwojgiem dzieci dociera aż do Hamburga. Nie mogąc się zaaklimatyzować w nowym miejscu, postanawiają wrócić do Doliny, gdzie pozostało rodzeństwo Karola. Do wyjazdu z Doliny i okolic zostali zmuszeni także pozostali członkowie rodzinny Anny. Jej bratanek Adam Lorenz wspomina ten okres tak:

Pamiętam, że wyjeżdżały całe rodziny. Ja jechałem z dziadkiem (Józef Lorenz – ojciec Anny), matką, bratem Józefem i malutką siostrzyczką Ireną. Ojciec mój został w tym czasie wcielony do wojska niemieckiego i walczył na froncie wschodnim. Było nam ciężko. Dziadek cały czas wspominał Dolinę i to, co tam pozostawili. W nowym miejscu nie czuł się dobrze. Z tej zgryzoty popełnił samobójstwo: powiesił się. Mama postanowiła wyjechać dalej i dotarliśmy do Meklemburgii. Tam mieszkaliśmy i pracowaliśmy w gospodarstwie rolnym aż do końca wojny. Po wojnie matka rozpoczęła poszukiwania ojca, bo nie było żadnych wieści o nim. W poszukiwaniach pomógł Czerwony Krzyż. Okazało się, że ojciec przebywa w Szkocji. Pojechaliśmy więc do niego i tam rozpoczęliśmy nowe życie”.

W Szkocji Adamowi i jego rodzinie powiodło się. Mieli tam wielkie gospodarstwo rolne, a z czasem zajęli się hodowlą świń. W nowym miejscu rodzina powiększa się i na świat przychodzi Elżbieta.

Adam, już jako dorosły człowiek, wyjeżdża do Kanady, gdzie zatrudnia się na etacie robotnika budowlanego. Odłożywszy trochę grosza, kupuje farmę i hoduje krowy. Sprowadza do Kanady swojego brata Józefa z rodziną i po pewnym czasie otwierają własną firmę budowlaną.

Anna doczekała końca wojny w Dolinie, ale niestety znowu przyszło jej opuścić rodzinne strony, zostawić dorobek małżeńskiego życia i ruszyć w nieznane. Jej mąż nie chciał przyjąć obywatelstwa radzieckiego i zostali repatriowani na polskie Ziemie Odzyskane. Po wielu perypetiach osiedlają się w Opolu, gdzie Anna umiera w 1965 r.

wtorek, 31 października 2017

"Dobra Pani" - spotkanie prawnuków





Ostatni weekend wakacji 2017 r. Od poniedziałku zaczynam pracę, ale zanim to nastąpi czeka mnie niezwykłe spotkanie. Spotkanie, o którym często tu pisałam, którego nie mogłam się doczekać, które będzie zwieńczeniem historii rozpoczętej gdzieś na przełomie XIX i XX w. Jestem podekscytowana. W głowie kołaczą mi się wciąż te same pytania: jak to będzie? Jak zareagujemy na siebie w rzeczywistości? 
Czy będziemy potrafili rozmawiać, o momentami niełatwej dla każdego z nas historii naszych rodzin tak, jak robiliśmy to  w wirtualnej rzeczywistości?


I wreszcie nadszedł ten dzień 26.08.2017 r.- sobota. Z Paulem Church, prawnukiem „Dobrej Pani”, mam się spotkać pod kościołem w Dobrej o 15.30. Przyjeżdżam troszkę wcześniej, ale nie tylko ja. Na miejscu czeka już delegacja z gminy Strzeleczki. Chwilę później podchodzi do nas Robert z rodziną (miłośnik historii lokalnej, z którym też znamy się z Internetu) oraz ksiądz proboszcz. Dosyć spory „komitet powitalny”, ale myślę, że Paulowi spodoba się takie przywitanie. To widoczny znak, że pamięć o jego przodkach przetrwała w świadomości mieszkańców Dobrej. Pod cmentarną bramę podjeżdża samochód – to Paul z żona Lindą i ich węgierskimi przyjaciółmi. Poznajemy siebie natychmiast i witamy się tak serdecznie, jakbyśmy znali się całe wieki.
Ksiądz proboszcz opowiada troszkę o historii kościoła i na prośbę Paula wchodzimy do środka, gdzie kapłan odmawia krótką modlitwę za nasze rodziny. Kościółek, który bardzo słabo pamiętam z czasów dziecięcych wizyt w Dobrej, jest świeżo odnowiony i przyznam, że sprawia wrażenie jak  z bajki. Kiedy proboszcz pokazuje nam wnękę, w której kiedyś stała chrzcielnica, a za oszklonymi ściankami siedziało hrabiostwo i asystowało przy ceremonii chrztu, dociera do mnie, że tak mógł wyglądać chrzest mojego taty i jego rodzeństwa. Bardzo żałuję, że żadne z nich nie dożyło tej chwili.








Opuszczamy kościółek i udajemy się na grób hrabiny Muriel. Paul po raz pierwszy widzi drzwi prowadzące do dawnej krypty pod kościołem, gdzie pierwotnie chowano jego przodków. Dzisiaj nie możemy tam wejść. Mieszkańcy Dobrej przenieśli szczątki doczesne Seherr-Thosów do nowego grobowca pod murami kościoła. Paul przypomina historię, którą poznał z moich maili, jak to babcia Balbina odnalazła zbezczeszczone szczątki hrabiny i ponownie je pochowała. Wspominając, dochodzimy do grobu Muriel. To główny cel przyjazdu jej prawnuka. Marzeniem życia Pawła było zapalenie świecy na grobie prababki. Widać , że jest bardzo wzruszony. Dajemy mu chwilkę czasu, by w samotności przeżył ją najpełniej jak się da.





W drodze powrotnej z kościółka spotykamy mieszkankę Dobrej. Starsza pani siedzi sobie w inwalidzkim wózeczku pod drzewkiem i bacznie się nam przygląda. Towarzysząca nam tłumaczka, która mieszka w tych okolicach informuje, że to jedna z najstarszych mieszkanek Dobrej i zapewne pamięta czasy prababci Paula. Zatrzymujemy się i podejmujemy rozmowę. Rzeczywiście, kobieta pamięta Muriel i hrabiego. Na wspomnienie minionych lat zaczyna płakać. Żali się na swój los, opowiada swoje przeżycia z czasów wojny. Kiedy wyjaśniamy jej, że jest z nami prawnuk hrabiny uśmiecha się. Paweł podchodzi do niej, klęka i bierze ją za rękę. Wita się z nią po niemiecku. To już za dużo wrażeń dla starszej pani. Płacze rzewnymi łzami. Po chwili słyszymy opowieść o tym, jak to swoje imię zawdzięcza hrabiemu. Jej ojciec pracował w majątku jako kowal. Kiedy ona przyszła na świat , hrabia odwiedził jej rodzinę i zapytał o to jakie imię nadano dziecku. Ojciec odpowiedział,   że córka jeszcze nie ma imienia. Wtedy hrabia powiedział: to będzie Elizabeth , tak na imię miała moja babka. Chłonęłam każde słowo starszej pani. Nie chciałam przeszkadzać Pawłowi w tych osobistych chwilach, ale kiedy usłyszałam o kowalu, to nie wytrzymałam. Podeszłam i przedstawiłam się:
- a ja jestem wnuczką Balbiny Jenek, kucharki. Pamięta ją pani? Staruszka popatrzyła na mnie

- Balbiny ? Spytała z niedowierzaniem. No ja, pamiętam! I Agnieszkę!

- A mojego dziadka, męża Balbiny?

- No jasne, w stajni robił z moim fatrem. A Agnieszka, to moja przyjaciółka była, jak tam u niej?

- Niestety wszyscy już nie żyją i ciocia Agnieszka i mój ojciec - i ich brat.

- no patrz, nie żyją…

Próbuję wypytać czy pamięta jakieś szczegóły, czy może mi coś powiedzieć o moich dziadkach, ale kobieta jest zbyt zaabsorbowana swoimi wspomnieniami, aby cokolwiek dalej mówić. Po jej policzkach wciąż płyną łzy, a usta szepczą: „Co ja przeżyła?! Co ja przeżyła?!”. Odchodzimy zatopieni w swoich myślach. Rozmowa ożywa na nowo, kiedy zasiadamy na tarasie restauracji,     aby napić się kawy i coś zjeść. Paweł bardzo chce dowiedzieć się, czy zdobyłam więcej informacji    o Balbinie, o Muriel. Niestety moja nieznajomość języka jest sporą przeszkodą, Robert dwoi się i troi aby nadążyć z tłumaczeniem, ale nie jest to łatwe. Linda jest zachwycona opolską wioską. Umawiamy się na następny dzień, na zwiedzanie pałacu . Otrzymaliśmy zapewnienie od obecnego właściciela, że będziemy mogli wejść do środka i wszystko sobie obejrzeć. Niestety sam właściciel nie może spotkać się z nami w niedzielę, ale obiecał, że w poniedziałek będzie do naszej dyspozycji.

Niedziela przyniosła jeszcze więcej wzruszeń. Spotkaliśmy się pod restauracją, w której jedliśmy poprzedniego dnia. Paweł ma dla mnie niespodziankę – list, wysłany przez córkę Muriel - Margaret do swojego dziadka w Ameryce. List datowany jest na 27.08.1917 r. Wszyscy na chwilę zamarliśmy: przecież właśnie mamy 27.08.2017 r. !! Zatem dokładnie 100 lat później wnuk Margaret i prawnuk Muriel spotyka się z wnuczką kucharki, która pracowała dla obu tych kobiet. Czy to na prawdę tylko zbieg okoliczności? Treść listu mam poznać kiedy już wejdziemy do pałacu. No cóż trzeba być cierpliwą. Pogoda tego dnia dopisała, decydujemy wiec, że samochody zostawiamy na parkingu i idziemy pieszo. Linda wciąż pstryka zdjęcia, Paweł pilnuje by nie zostawała w tyle. Wreszcie widzimy cel naszej wizyty – pałacowe ogrodzenia i bramę wjazdową. Niestety zamkniętą. Ktoś spostrzega domofon. Dzwonimy i po chwili brama się otwiera. Chcę, aby Paweł pierwszy przekroczył bramę, ale on bierze mnie i Lindę pod rękę i razem wkraczamy na teren parku przypałacowego.



Przypominam sobie opowieści taty  o tym gdzie były stajnie, gdzie kuźnia, gdzie stał dom babci Balbiny. Przekazuję to pozostałym. Wreszcie widzimy front pałacu – pięknie odrestaurowany. Widzę niesamowite wzruszenie w oczach Pawła. Dostaliśmy pozwolenie wejścia do środka. Ogrom prac wykonanych przez obecnego właściciela robi wrażenie. Paul dopytuje się o miejsce, z którego Muriel skoczyła popełniając samobójstwo, a także o to gdzie była kuchnia, w której pracowała moja babcia. Odszukujemy wspólnie te miejsca.

Mam nadzieję, że to nie było ostatnie spotkanie z Pawłem i Lindą.